12 sierpnia 2011

Od rana mam dobry humor


[...] Pod koniec dnia, wiara to zabawna rzecz. Pojawia się, kiedy tak naprawdę tego nie oczekujesz. To tak, jakbyś pewnego dnia odkrył, że baśń może się nieco różnić od twoich wyobrażeń. Zamek, cóż, może nie być zamkiem. I nie jest ważne "długo i szczęśliwie", ale "szczęśliwie" teraz. Raz na jakiś czas, człowiek cię zaskoczy, i raz na jakiś czas człowiek może nawet zaprzeć ci dech w piersiach.

Chirurdzy, Meredith

 Czasami zaskakuję sama siebie. Pracuję coraz więcej, w ostatnich tygodniach biję wręcz własne rekordy nadgodzin, zewsząd same mało optymistyczne wieści, perspektyw urlopowych nie mam żadnych i tu nagle po trwającym u mnie dosyć długo odrętwieniu pomieszanym ze smutkiem budzę się dziś /oczywiście przy pomocy budzika/  o cudownej godzinie 4.30 rano i czuję się tak jakby ktoś ze mnie zdjął cały ciężar. Z głupia frant ni z tego ni z owego coś gdzieś głęboko we mnie mówi mi, że wszystko będzie dobrze. Czyste szaleństwo. I wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze  ja ZAWSZE WIERZĘ temu głosowi. Ja która z wszelaką wiarą poza tą w Boga jestem na bakier, ja ze sceptycyzmem we krwi. Wstaję i uśmiecham się do siebie mimo, że na zewnątrz szaruga 13 stopni na termometrze i deszcz. Idę do pracy wiedząc że spędzę tam kolejne 9 godzin w tym tygodniu i… nic. Nie robi to na mnie wrażenia, bo już są we mnie korzenie wiary, że wszystko się ułoży. Zastaję na miejscu Kongo z Bangladeszem i realną groźbę, że nie wyrobię się z terminami na czas i co… i nic. Zwyczajnie robię to, co do mnie należy jak najlepiej potrafię nie dając się wyprowadzić z równowagi jak chociażby wczoraj. Mało tego postanawiam odpuścić sobie przychodzenie do pracy w kolejną z rzędu sobotę i ZAUFAĆ wewnętrznemu głosowi, który mówi mi, że dam radę bez tego. Ja, która mam deficyt wszelkiego zaufania większy od naszej dziury budżetowej. Po pracy też wszystko nie układa się tak jak planowałam i co… i nic. Dostosowuję się do jak zwykle zmiennej sytuacji i czuję wewnętrzny spokój. Jak nic zwariowałam i… dobrze mi z tym:)
 
 

6 sierpnia 2011

Słowo się rzekło...ciasto na stole :)


Sernik z owocami i białą czekoladą


Składniki:
1 kg twarogu
3 tabliczki białej czekolady
1/3 szklanki cukru
2  jaja
1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
300 g jagód lub koszyczek malin
200 g ciasteczek czekoladowych
1 łyżka kakao
70 g masła
50 g ciemnej czekolady (pół tabliczki)


Wykonanie:

Ciasteczka pokruszyć bardzo dokładnie, dodać kakao i masło roztopione z ciemną czekoladą. Dokładnie wymieszać. Dno formy o średnicy 24 cm przesmarować margaryną i posypać mąką. Masą ciasteczkową wyłożyć dno formy mocno dociskając. Wstawić do zamrażarki lub lodówki na czas przygotowywania masy twarogowej. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Jagody/maliny umyć i osuszyć. Twaróg dokładnie wymieszać z żółtkami, roztopioną lekko ostudzoną białą czekoladą, cukrem, ubitymi białkami i mąką ziemniaczaną.  Masę twarogową wyłożyć  na schłodzony spód i wyłożyć jagodami/malinami. Wstawić do nagrzanego piekarnika i zmniejszyć temperaturę do 120 stopni. Piec 70 minut.  Sernik po upieczeniu  i wystudzeniu, przechowywać  w lodówce. 



































Troszkę mi się góra przypiekła, bo zagapiłam się na film, ale nic to nie zaszkodziło smakowi ciasta;) Można jeszcze na górę ubić śnieżkę i posypać startą resztą ciemnej czekolady albo stopić ją i polać wzorkami górę jak polewą. Sernik oczywiście zawsze trochę opada, ale to standard i nie należy się tym przejmować.  Smacznego kochani:)

3 sierpnia 2011

Dzień wolny od życia


Ludziom przydałby się czasem dzień wolny od życia.
Św. Augustyn

Czasami chciałabym wziąć urlop od swojego życia. Zwyczajnie zniknąć na dobę. Nie robić nic, nie myśleć, nie czuć. Oddać się błogiemu nie istnieniu. Zostawić za sobą pracę, która podnosi mi ciśnienie i przygniata, zostawić sprawy domowe, zostawić rodzinę i pobyć samej w ciszy w zawieszeniu. Może to pozwoliłoby mi złapać oddech tak naprawdę pełną piersią.

Wróciło słońce, lato postanowiło się jeszcze do nas uśmiechnąć a mi w duszy listopadowo. Rano nie mogę się z łóżka podnieść a wybudzenie się do pełnej przytomności pochłania coraz więcej energii, kawy i czasu. Zdarza mi się jak nigdy latem podjechać do pracy autobusem bo zwyczajnie nie umiem się zmobilizować by wstać na czas. Przemęczona jestem. Wiem. Zmiana oprogramowania, okres urlopowy i kolejne poszerzenie zakresu obowiązków dają mi w kość. Powinnam pójść na urlop co najmniej dwutygodniowy. Wiem. Jednak nie mogę. Nie dostanę urlopu w tym roku. W przyszłym też będzie o niego bardzo ciężko bo idą kolejne zmiany organizacyjne. Może uda mi się jakiś krótki wyprosić ale nie wcześniej niż jesienią. Nie zobaczę  w tym roku swoich przyjaciół. Nie spotkam się z moimi przyjaciółmi z południowego wschodu, którzy oczekują maleństwa jak to było w planie. Nie pogadamy o tej rewolucji jaką jest jego przyjście na świat i wielu innych sprawach. Nie zobaczę pokoju dziecinnego ani nowego M. Nie dana mi będzie rozmowa inna niż telefoniczna. Nie pojadę do Polly i Lu by odwiedzić ich w nowym gniazdku i nagadać się do woli. Nie zobaczę na żywo Toli. Nie wpadnę z wizytą do Mleczków i juniora. Nie będzie corocznego tradycyjnego zlotu czarownic w Krakowie. Nie przejdę żadnego górskiego szlaku mimo, że tęsknota za górami jest już we mnie namacalna fizycznie. Każde z tych  - nie -  mnie dotyka. Cholernie mi żal. Żal, że nie mam czasu by żyć i cieszyć się życiem. Staram się z tym pogodzić i nawet już prawie mi się udaje. Jednak jakaś część mnie nie może przeboleć tego, że taka jest konieczność, że tego wymaga sytuacja. Wiem, że mam w życiu dużo szczęścia, blisko rodzinę, cudownych przyjaciół, w miarę stabilną pracę, która pozwala mi się utrzymać i dach nad głową. Lecz mimo tego czasami jest mi bardzo trudno słuchać rady Hani:

Po prostu żyj. Zobacz, jak się przejaśniło na dworze, i pozwól, by tak samo przejaśniło się w tobie. Przecież wiesz, że to ty jesteś bogiem wewnętrznej pogody. Produkujesz chmury i pozwalasz padać deszczowi.

Kowalewska Hanna

Może jak zamknę oczy,  wezmę kilka głębokich wdechów i policzę do stu to kiedy je otworzę będzie mi ciut lżej. Chyba muszę upiec jakieś ciasto by poczuć się lepiej. Do napisania kochani.

Wasza Eris